Kociokwik. Czyli stadia rozwoju Mamy.

Najpierw decyzja. Już ślub pośrednio otworzył nas na przyjęcie nowego Życia. Wybieraliśmy dzieciom imiona jeszcze przed ślubem, żeby miały „plecy w niebie”, z dobrymi patronami. Pierwszy syn począł i urodził się zgodnie z planem, jak w zegarku.  Pierwsza Ciąża, super udokumentowana, w albumie fotki co miesiąc, jakieś pisanie po brzuchu, prenumerata gazetki dla młodej Mamy, wizyty u lekarza wspólnie z mężem, straszny zawód, że nie rodzę o własnych siłach (ale to inna historia, raczej triller) i znowu to samo: zdjęcia, uśmiechy, zapraszanie wszystkich znajomych, żeby tego skarba zobaczyli, lęk czy oddycha w nocy, czemu nie śpi, przecież go pół godziny nosiłam.

Tyle lektur, rozmów i wciąż niepewność, błąd za błędem. Ale i czytanie książeczek, nauka sprzątania po sobie, to zostało mu do dziś. Trzyletni czas bycia jedynakiem zaprocentował.

Kolejny maluch zasilił szeregi Świętych w naszej rodzinie, trudny czas, który pokazał mi – w momencie straty, jak bardzo tą fasolkę małą kochałam..  Mocno poczułam, choć to był 3 miesiąc, że jestem mamą, że to nie jest zlepek komórek jak mawiają aborcyjni oszuści…. Mała Tereska Pola dostała imię, żałobę i smutek. I Pamięć. Wszystkie nasze dzieci wiedzą, że mamy w rodzinie Malenstwo w niebie.

Pragnienie wychowania 2 dziecka trwało, pojawiła się na świecie Polcia. Totalny mój spokój a jej radość. Trwa do dziś. Nie wiem czy dałabym radę mieć tych moich 3 chłopaków bez Niej. Jednak dziewczynka to dziewczynka: słodzik dla nas, a dla starszego brata nowy, ciekawy świat. W dniu jej urodzin starszak dostał prezenty z okazji Zostania Starszym Bratem.  To był bardzo dobry pomysł na start fajnej relacji.  A jednocześnie to przy 2 dziecku wydawało mi się, że jest najtrudniej. Naprawdę nie dziwię się, że mamy dwójki dzieci podobnie są zmęczone jak mamy wielodzietne. To chyba w głowie siedzi, takie myślenie: „jeju ledwo z jednym ogarniałam rzeczywistość”.

Kolejny chłopaczek. W ciąży czasem jakieś odlotowe uczucia są , prawda? Ja np. bardzo czekałam na spotkanie z Franiem, mam zdjęcia z dnia porodu, bardzo się na nich śmieję do malucha. Nadal jest niezwykły, wrażliwy. Starszaki przy jego pojawieniu się uspokoiły swoje relacje (był moment zazdrości między nimi),  stworzyła się jakby grupa, fajna taka gromadka jak się idzie na spacer. Bardzo doceniłam wtedy każdą czynność wykonywaną samodzielnie przez moje przedszkolaki: wyciąganie prania, wycieranie kurzu, ubieranie się,  sprzątanie zabawek itd. Dla nich zabawa a dla mnie pomoc. (niestety w wieku szkolnym entuzjazm do porządków zanika…) Czułam się doświadczoną mamą, nie biegałam z byle czym do lekarzy, z uśmiechem i ironią spławiałam osiedlowe panie doradczynie.

 

Miałam tyle energii! Zrobiłam studia podyplomowe z obrotu nieruchomościami, prawo jazdy, kursy językowe, pracowałam z mężem w biurze, hodowałam warzywka i  kwiatki i zaczęliśmy tematy budowy domu. Moc energii.  Mamy wielodzietne są super! A jeszcze jak mają możliwości, pasje, w miarę ludzkiego męża, to naprawdę są mistrzyniami logistyki. W tym był jednak haczyk, który dopiero teraz dostrzegam…

Lekko niezapowiedzianie zjawił się na świecie nasz najmłodszak.  Zbliżałam się do 40stki, przede mną 4 cesarka, wszyscy pukali się w czoło, że zagrożenie życia dla mnie. A jednak bardziej dla malucha. Miał 7 cm długości w moim  brzuszku a na usg jakaś czarna plama na 1,5 cm czaiła się w jego ciałku, albo na jajniku jeśli dziewczynka albo na pęcherzu jeśli chłopiec. Zostałam uprzejmie poinformowana, że mam prawo do aborcji. Inną alternatywą było czekanie. Więc od listopada do lutego stres, kolejne usg, wyniki bez zmian. W tym czasie wici do wierzących znajomych o modlitwę. W lutym nagle! Wszystko znikło!! Jeju ile kobiet już by umordowało takiego fajnego chłopczyka, no bo dopuszczenie lekarskie przecież było! Na cześć skutecznego świętego mały dostał na imię Dominik. Mały cud.

Lata swoje i słaby organizm bardzo odczułam w dniu porodu…  Miałam nadzieję, że szybko do domu mnie nie wyślą, bo tam obowiązki, bez „zwolnienia”. Ale wszystko dobrze się ułożyło, mąż ogarnął starszaki, wprawdzie codziennie robili ognisko i chodzili na spacery ale wszyscy ten czas dobrze wspominają.

Teraz jestem w najprzyjemniejszym stadium rozwoju mamy 🙂 .

Starsze to nastolatki, szkolniak i przedszkolniak wiele potrafią zrobić dla siebie, dla porządku w swoim pokoju, dla wspólnych spraw. No pewnie, że czasem im się nie chce.

Piszę Ci to wszystko z przesłaniem: da radę pogodzić wiele spraw. Miłość, dobra organizacja, mąż, samodzielność dzieci i dobroć dla samej siebie to podstawa.

Teraz kiedy są samodzielni, śmiało wyłączam tryb: „mama maluchów” i załączam „mama biznesowa, zadbana, rozwijająca nadal swoje talenty i zadowolona, bo dała dzieciom to co najlepsze: swój Czas i Miłość”. A o tym dlaczego przy tym całym kręciołku codziennym wybrałam Forever- przeczytaj koniecznieTutaj

To bardzo osobisty wpis. Zostaw znak, że przeczytany, że Ci się spodobał. Napisz jeśli chcesz podjąć biznes Forever.  

25 komentarzy do “Kociokwik. Czyli stadia rozwoju Mamy.”

  1. Aleksandra Załęska

    Macierzyństwo to najpiękniejsza a zarazem najtrudniejsza rola, bez względu na to, ile dzieci się ma

  2. Ale fajna ekipa! Bardzo intymne i osobiste zwierzenia. Bycie mamą na pewno nie jest łatwe, jednak uśmiech dziecka wynagradza wszystko.

  3. „Miłość, dobra organizacja, mąż, samodzielność dzieci i dobroć dla samej siebie to podstawa.”
    Zgadzam sie z tym zdaniem w 100%. Oby kazda mama mogla tak powiedziec o sowim zyciu.

  4. Na szczęście coraz więcej osób docenia rodziny wielodzietne. Dzieci z takich rodzin też na ogół są zupełnie inne niż te rozpuszczone jedynaki- to trochę uogólnienie, ale często przeraża mnie duet: nadopiekuńcza matka i rozpuszczony jedynak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *